Chrum, chrum Bolusiu!
czyli bracie, gdzie… wpadłeś
Barbro Lindgren (czyli pani, która obdarowała Maxa autami, nocnikami, pieluszkami, lampami i ciastkami) wraz z Olofem Landströmem (tatą Poma i Pima) przedstawiają naszym dzieciom cały wachlarz ludzkich emocji w „świńskim” wydaniu.
Barbro Lindgren - tak jak w poprzednich swoich książkach - z olbrzymią sprawnością pióra w lapidarnych i konkretnych zdaniach maluje sytuację, w której umieszcza dwójkę głównych bohaterów – braci prosiaczków.
Wprawna, wyraźna i dowcipna kreska Olafa Landströma nadaje temu światu dodatkowo koloryt i humor. Dzięki tym umiejętnościom mamy możliwość poznania na 28 kartach najlepiej odmalowanych ludzkich dwulatkowych emocji… i to na twarzy prosiaczka.
Uśmiech (i łza wzruszenia) pojawia się (i nie znika) podczas przeglądania kolejnych stron, na których młodszy z prosiaczków, a to z wymalowanym na twarzy uczuciem wdzięczności wpatruje się w starszego brata, a to próbuje podzielić się z nim smoczkiem, bądź też zakładając manifestacyjnie czapkę sygnalizuje swoją gotowość do wyjścia na dwór.
Wsparta takim zapleczem wizualnym Barbro Lindgren (laureatka nagrody Astrid Lindgren w 1973) opowiada nam historię braterskiej miłości, która zostaje postawiona naprzeciw uczuciu do tej samej dziecięcej damy.
Pojawiają się typowe dla romantycznej literatury czarne charaktery, które próbują (skutecznie) zagmatwać i tak już niełatwą sytuację. Nasi bohaterowie radzą sobie jednak świetnie i wychodzą bez szwanku (lub trafniejsze tutaj będzie określenie w „szczęśliwym szwanku”) z całej przygody.
Naprawdę skromna w warstwie tekstowej książka, rozważnie, celowo i z uśmiechem zilustrowana zapada w pamięć. A postać młodszego braciszka to bezkonkurencyjnie pierwszoplanowa rola drugoplanowa w kategorii ilustracja dla dzieci.
malutki króliczek, odrobinę większy króliczek | mało tekstu | duże grafiki
